Zaczyna się niewinnie. Bardzo niewinnie. Człowiek siedzi przed komputerem, przegląda internet i nagle trafia na reklamę preparatu, który – jak można odnieść wrażenie – za chwilę rozprawi się z tym wszystkim, z czym współczesna medycyna najwyraźniej nie daje sobie rady. Toksyny? Są. Pasożyty? Oczywiście. Zatruta wątroba? Prawdopodobnie. Jelita pełne tajemniczych złogów? Bez dwóch zdań. Na szczęście pojawił się Retoxin...
Thank you for reading this post, don't forget to subscribe!I tak zaczyna się przygoda, która z niewinnego kliknięcia może zakończyć się rachunkiem przekraczającym tysiąc złotych.
Najpierw próbka. Tylko sześć tabletek
Reklama zachęca do zakupu próbki. Brzmi rozsądnie. Spróbuj, zobacz, oceń. Jest tylko pewien drobiazg. Próbka ma sześć tabletek.
O tym szczególe niekoniecznie dowiemy się z pierwszego komunikatu reklamowego. A już na pewno nie jest on najważniejszym elementem opowieści. Najważniejsza jest obietnica. A kiedy człowiek zostawi swój numer telefonu, zaczyna się druga część przedstawienia.
Konsultatka oddzwania szybko. Bardzo szybko. Bo przecież wiadomo: kto zdąży się zastanowić, ten może jeszcze sprawdzić skład, cenę, opinie i zapytać lekarza. A tego przecież chcemy uniknąć.
Trzeba kuć żelazo, póki gorące.
Cztery miesiące albo nic!
I wtedy pojawia się kolejna informacja. Próbka? To oczywiście za mało. Żeby kuracja przyniosła efekt, trzeba ją prowadzić przez co najmniej cztery miesiące.
I nagle niewinna próbka przestaje być próbką. Staje się pierwszym odcinkiem serialu, którego finał może kosztować ponad tysiąc złotych.
Ale spokojnie. Są przecież zniżki. Na przykład dla emerytów. Czyli jest taniej o około 300 złotych. Człowiek zaczyna się czuć niemal jak uczestnik programu lojalnościowego: „Zdrowie Seniora Plus – kup więcej, zapłać mniej!”
Mnie udało się wynegocjować dwa opakowania po 60 tabletek za 320 złotych. Sukces? Niewątpliwie. Prawie jak zdobycie biletu na wyprzedany koncert. Bo na oficjalnej stronie 60 kapsułek kosztuje około 279 złotych.! Ja, szczęściarz za 320 złotych dostałem dwie paczki!
Negocjacje zakończyły się więc sukcesem. Tylko człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego produkt, który można „utargować”, miał wcześniej kosztować tak dużo.
Pani doktor wchodzi na scenę
Ale cena przestaje być najważniejsza, kiedy zaczyna się opowieść. A opowieść jest długa. Bardzo długa. Dowiadujemy się, jak to pani doktor przez lata prowadziła badania, trudziła się, szukała, eksperymentowała i wreszcie dotarła do cudownej formuły.
Jest poświęcenie. Jest wiedza. Jest autorytet. Jest nawet nazwisko. Cały lekarski autorytet zostaje położony na szali.
I tutaj reklama robi rzecz niezwykle sprytną. Nie sprzedaje już przecież tabletek. Sprzedaje zaufanie. Bo jeśli zwykły sprzedawca mówi: „Kup mój preparat”, możemy wzruszyć ramionami. Ale jeśli przed kamerą pojawia się pani doktor, opowiada o swoim odkryciu, pacjentach i wieloletniej pracy, sytuacja zmienia się diametralnie. Nagle zwykła kapsułka zaczyna wyglądać jak rezultat wielkiego przełomu medycznego.
Problem w tym, że samo występowanie osoby przedstawianej jako lekarz nie jest dowodem skuteczności produktu.
I właśnie tutaj warto postawić pytanie, którego reklama najwyraźniej nie lubi: Kim właściwie jest pani doktor Katarzyna Nowak występująca w tej reklamie i czy rzeczywiście rekomenduje Retoxin?
Samo nazwisko niczego nie rozstrzyga. Lekarek o imieniu i nazwisku Katarzyna Nowak jest więcej. Bez specjalizacji, miejsca pracy czy numeru prawa wykonywania zawodu nie sposób ustalić, czy osoba z reklamy jest konkretną lekarką i czy rzeczywiście firmuje ten produkt. A to już nie jest drobiazg. To jest różnica między autorytetem medycznym a jego reklamową scenografią.
Jelita, czyli miejsce zbrodni
A potem robi się naprawdę ciekawie. Bo według reklamowej opowieści źródło naszych problemów znajduje się w jelitach. I nie chodzi bynajmniej o to, że ktoś zjadł za dużo golonki. Nie. W naszych jelitach mają przez lata odkładać się warstwy masy kałowej. Warstwa na warstwie. Rok po roku. Pięć do nawet dziewięciu kilogramów! Można więc sobie siebie wyobrazić jelito jako starą kamienicę, w której nikt od trzydziestu lat nie robił remontu. A przez te rzekome złogi mają następnie przedostawać się do organizmu toksyny. Czyli jelita – według tej narracji – stają się czymś w rodzaju przeciekającego przewodu kanalizacyjnego.
Ale to dopiero początek. Pojawiają się „helminty jelitowe”. Pasożyty, które nie tylko mają urządzać sobie w naszym wnętrzu całkiem wygodne życie, ale jeszcze – jak słyszymy – zanieczyszczać organizm własnymi odchodami. Brzmi groźnie? Oczywiście. I dokładnie o to chodzi. Bo reklama cudownego preparatu najlepiej działa wtedy, kiedy najpierw stworzy cudowny problem. A kiedy problem jest już wystarczająco straszny, rozwiązanie może być bardzo proste.
Wchodzi Retoxin. Pasożyty mają się czego bać
I tutaj, niczym superbohater w ostatnim akcie filmu, pojawia się Retoxin. Według reklamowych zapewnień ma rozprawić się z tym wszystkim bezlitośnie. Pasożyty? Wytłuczone. Toksyny? Usunięte. Organizm? Oczyszczony. Metabolizm? Przyspieszony. Wątroba? Wsparta. Energia? Wraca. I trzeba się speszyć z zamówieniem. Dziś w rzekomo warszawskim laboratorium ( według opakowania Retoxin powstał gdzieś na Cyprze!) pozostało 35 opakowań. Jutro może ich nie być!
No i człowiek patrzy na ekran i zaczyna się zastanawiać, dlaczego przez całe życie płacił składki na system ochrony zdrowia, skoro rozwiązanie problemów ludzkości mieści się w niewielkiej kapsułce.
Tylko że jest jeden problem
Retoxin jest przedstawiany jako suplement diety, a nie lek. I to rozróżnienie jest fundamentalne. Suplement diety nie jest lekiem przeciwpasożytniczym. Sam fakt, że produkt został zgłoszony do obrotu jako suplement, nie oznacza, że urzędnicy potwierdzili jego skuteczność w leczeniu chorób.
Nie znalazłem wiarygodnych, niezależnych badań klinicznych potwierdzających, że Retoxin jako konkretny produkt leczy zakażenia pasożytnicze. Nie znalazłem też oficjalnego potwierdzenia GIF czy GIS, że produkt jest skutecznym środkiem przeciw pasożytom. I tutaj cała reklamowa konstrukcja zaczyna się lekko chwiać. Bo czym innym jest powiedzieć: „Ten suplement zawiera składniki, które mogą stanowić element diety”. A czym innym: „Wytłucze pasożyty i oczyści organizm z toksyn”. To są dwa zupełnie różne komunikaty.
Młody jęczmień za cenę złotego interesu
Co ciekawe, w materiałach dotyczących Retoxinu pojawia się młody jęczmień. I tu robi się jeszcze ciekawiej.
Bo młody jęczmień nie jest żadną tajemniczą substancją z laboratorium NASA. Można kupić preparaty z młodym jęczmieniem za kilkanaście czy kilkadziesiąt złotych. Oczywiście cena zależy od producenta, formy i ilości. Ale gdy zaczynamy płacić za suplement setki złotych, warto zadać proste pytanie: ile właściwie kosztuje substancja, a ile kosztuje opowieść?
Bo być może największą wartością dodaną nie jest zawartość kapsułki. Może jest nią historia. Historia o doktorce. O wieloletnich badaniach. O toksynach. O pasożytach. O oczyszczaniu. O przełomie. I oczywiście o specjalnej cenie – tylko dzisiaj.
„Tylko dzisiaj” – najstarsza choroba internetu
Jest jeszcze jeden bohater tej historii. Presja czasu. Promocja. Oferta specjalna. Ostatnie opakowania. Telefon od konsultantki. Zniżka. Pakiet. Cztery miesiące kuracji. Bo przecież jeśli klient zacznie myśleć, może dojść do wniosku, że zamiast kupować za ponad tysiąc złotych, warto najpierw zapytać lekarza, farmaceutę albo po prostu przeczytać skład.
A tego reklama nie lubi. Reklama lubi decyzje podejmowane szybko. Najlepiej zanim człowiek zdąży powiedzieć: „Zaraz, ale czy to naprawdę jest lek?”
I właśnie tu kończy się żart
Można się śmiać z historii o jelitach pełnych wieloletnich złogów. Można żartować z pasożytów urządzających sobie w naszym organizmie pensjonat all inclusive. Ale jest granica. Tą granicą jest czyjeś zdrowie i czyjeś pieniądze.
Zwłaszcza gdy reklamę ogląda człowiek starszy, który ufa osobie przedstawianej jako lekarz i może uznać, że skoro ktoś mówi z ekranu medycznym tonem, to produkt został przebadany i potwierdzony przez medycynę.
Nie został. Przynajmniej nie znalazłem dowodów, które pozwalałyby tak twierdzić. A jeśli ktoś rzeczywiście podejrzewa zakażenie pasożytnicze, medycyna ma znacznie mniej efektowne, ale za to rzeczywiste procedury: diagnostykę, badania laboratoryjne i – gdy zakażenie zostanie potwierdzone – odpowiednie leczenie przeciwpasożytnicze dobrane do konkretnego pasożyta. Bez opowieści o jelitach przypominających rurę kanalizacyjną. Bez „cudownej formuły”. Bez czteromiesięcznego abonamentu na nadzieję.
Na koniec najważniejsze pytanie
Retoxin może być suplementem zawierającym młody jęczmień. Można go kupić. Można przeczytać jego skład. Można nawet zdecydować się go stosować jako element diety. Ale pomiędzy: „mam suplement z młodym jęczmieniem”
A „mam cudowny lek, który wytłucze pasożyty, usunie toksyny i oczyści moje jelita” jest przepaść. I właśnie tę przepaść reklama próbuje zasypać. Najlepiej autorytetem pani doktor. Potem strachem przed pasożytami. Następnie promocją. A na końcu telefonem konsultantki.
I tak oto sześć tabletek próbnych może okazać się początkiem kuracji za ponad tysiąc złotych. Nie wiem, co dokładnie znajduje się w kapsułce Retoxinu. Wiem natomiast, co znajduje się w reklamie: dużo obietnic, dużo emocji i bardzo mało miejsca na najważniejsze słowo w medycynie – „dowody”. A kiedy ktoś próbuje sprzedać nam cud, warto najpierw sprawdzić, czy nie sprzedaje nam po prostu… bardzo drogiej kapsułki.
Tekst i fot.: Stanisław Gazda
Odkryj więcej z Obiektywnabydgoszcz.pl
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

