Obietnice szybkiego schudnięcia bez wyrzeczeń kuszą coraz więcej osób. Plastry odchudzające i inne „magiczne” rozwiązania zalewają internet, wykorzystując nasze emocje, kompleksy i brak czasu. Kolorowe reklamy rzadko jednak mówią o ryzyku, braku dowodów naukowych czy możliwych skutkach ubocznych. Zanim uwierzymy w drogę na skróty, warto zatrzymać się na chwilę i sprawdzić, czy cena takiej wiary nie okaże się zbyt wysoka.

Thank you for reading this post, don't forget to subscribe!

Jest taki moment w życiu współczesnego człowieka, gdy staje przed półką – realną albo internetową – i myśli: „Za dobrze, żeby było prawdziwe… więc biorę dwa”. Właśnie tam zaczyna się ta historia. Historia o plastrze, który odchudza, odmładza, reguluje cukier, naprawia wątrobę, koi nerwy, wzmacnia serce, a być może – przy odpowiednim ułożeniu na ramieniu – pogodzi teściową z zięciem.

Na opakowaniu wszystko się zgadza. Jest zielono, liściasto, sylwetka atletyczna, strzałki w górę, hasła w dół i obietnice w każdą stronę świata. Berberyna? Jest. Moringa? Jest. NAD+? Też jest, bo czemu nie. AMPK? Brzmi naukowo, dorzucamy. Probiotyki? Jasne – przez skórę, ale za to z rozmachem.

Marketingowy stół szwedzki. Bierzesz talerz, a tam: odchudzanie, cukier, cholesterol, sen, stres, trzustka, wątroba i „anti-aging”, bo bez tego dziś ani rusz. Gdyby jeszcze był tryb „napraw życie”, to można by zamknąć medycynę w jednym pudełku i wysłać lekarzy na urlop.

Problem polega na tym, że nauka – ta nudna, w białym fartuchu – zaczyna kręcić głową. Bo berberyna owszem, działa. Ale… jak się ją połyka! I to w konkretnych dawkach, a nie przykleja jak znaczek pocztowy. Moringa? Może i sympatyczna, ale też nie znana z teleportowania się przez skórę. NAD+? Nie przechodzi przez naskórek, chyba że w towarzystwie magii i jednorożca. AMPK? To nie składnik, to proces w organizmie – trochę jakby napisać na opakowaniu: „zawiera trawienie”.

Ale kto by się tym przejmował, skoro na froncie pudełka dumnie stoi: „7 DAYS RESULTS”. Siedem dni. Tydzień. Siedem wschodów słońca i wita nas nowa wersja siebie – szczuplejsza, młodsza i z lepszym cukrem. Bez potu, bez diety, bez wysiłku. Wystarczy przykleić. Najlepiej wieczorem, żeby działało, gdy śpimy – bo przecież organizm najbardziej lubi być oszukiwany po cichu.

A certyfikaty? Numery? Skład w miligramach? Producent z adresem, a nie filozofią? To detale. Detale są dla ludzi nieufnych. My wolimy „#1 Best Seller”, nawet jeśli nikt nie wie, gdzie i według kogo ten ranking powstał. Może w kuchni grafika. Może na targach marzeń.

Najlepsze jest jednak to, że te cuda występują często w duecie. Dwa różne opakowania, dwie różne nazwy, dwa różne światy narracji – a w środku… to samo. Ta sama obietnica w innym kolorze. To się fachowo nazywa white label, a po ludzku: ten sam sen, tylko inna kołdra. Raz „Made in USA”, raz „Advanced Nano Technology”, a produkcja – jakże by inaczej – gdzieś daleko, gdzie prawo unijne jest tylko plotką.

I teraz najważniejsze pytanie: jak to możliwe, że wciąż się na to łapiemy?

Bo chcemy. Bo wierzymy. Bo łatwiej przykleić plaster niż zmienić nawyki. Bo słowo „nano” brzmi lepiej niż „warzywa i spacer”. Bo „steady all-day release” brzmi jak coś, co powinno działać, nawet jeśli nie wiemy co.

Nie jesteśmy głupi. Jesteśmy zmęczeni. A zmęczonych ludzi oszukuje się najłatwiej – dużą czcionką, małym drukiem i obietnicą, że tym razem naprawdę się uda.

I tylko ten plaster… on trzyma się najlepiej. Wszystko inne – niestety – odkleja się bardzo szybko.

Stanisław Gazda

Adres mailowy: obiektywnabydgoszcz@gmail.com