Wesprzyj
wielkanocny stół

Thank you for reading this post, don't forget to subscribe!

Dawno, dawno temu, gdy wiatr wiał jeszcze przez drewniane chaty z takim samym uporem jak przez paszcze wiejskich kołatników, Wielkanoc nie była jedynie świętem — była obrzędem, tańcem dusz, które przez post ku odrodzeniu zmierzały. A na Kujawach i Pomorzu, ta opowieść miała swoje własne nuty — surowe, śmieszne, czasem kapryśne, ale zawsze pełne sensu.

Zaczynało się od pogrzebu. Nie, nie ludzkiego — to żur i śledź, bohaterowie postnych tygodni, szli do ziemi, jakby już nie mogli dłużej znieść swej roli w codziennym jadłospisie. Zakopywano je więc na skraju wsi, śmiejąc się do rozpuku, że oto kończy się czas pokuty, a zaczyna czas smaków.

Wieczorami chłopcy stawali się poetami żartu. Ukryci za węgłem chałupy, z garnkiem pełnym żuru, czekali, aż drzwi otworzy dziewczyna, której spojrzenie paliło jak wiosenne słońce. Chlup — i biały ślad na drzwiach. A potem śmiech, krzyk, może i uśmiech odwzajemniony. Gdzie indziej znów, z kominów zwisały girlandy ze słomy, a na nich garnki z sadzami, które z hukiem rozsypywały się na głowy przechodniów. Psoty? A jakże. Ale czyż nie w żarcie kryje się pierwszy flirt, pierwszy taniec dusz?

I był jeszcze śledź — nie ten z beczki, lecz ten z kartonu, z drewna, z samego cienia postu. Wlekli go przez wieś jak pokutnika, by potem z honorami zakopać. Śpiewali przy tym piosenki, tak rubaszne jak wiejski jarmark, a jednocześnie pełne starej magii.

Lecz nie samym żartem człowiek żyje. Gdy nadszedł czas Zmartwychwstania, stoły uginały się pod jajami, chrzanem, mięsem i babką zagryzaną kiełbasą. Popijano kawą zbożową, która pachniała bardziej wspomnieniem niż kofeiną.

Palmy — o, te były inne niż gdzie indziej. Skromne, splecione z wierzbiny, bukszpanu i cisu. Zamiast brokatu — sznurek. Ale każda gałązka była jak zaklęcie. Bazie symbolizowały duszę, która nie umiera, lecz śpi jak ziemia pod śniegiem, by znów się obudzić. Palmy święcono i chowano za obrazy, dawano bydłu, palono w ogniu podczas burzy, rozsypywano na ziarna. Każda cząstka była jak amulet, łącznik między ziemią a niebem.

W Wielki Piątek dzwony milczały, więc chłopcy z kołatkami przemierzali wieś, rozganiając ciszę. A na jarmarkach pojawiały się cukrowe baranki i gliniane figurki — małe cuda, które przypominały, że święto to też radość dziecka.

I jeszcze jajka. Kraszanki, jednobarwne jak spokój po burzy, gotowane w łupinach cebuli, w korze drzew. Gładkie, proste, ale święte. A pisanki — tworzone woskiem, z cierpliwością i czułością. Dawało się je z uśmiechem, jak podarek duszy.

A gdy nadeszła Wielkanocna Niedziela, chłopcy znów wspinali się, tym razem na drzewa, dachy, ambony. Tam, jak z nieba, ogłaszali imiona dziewcząt i ilość wody, jaka miała je spotkać w poniedziałek. Śmiech mieszał się z czerwienią na policzkach, a echo rymowanek brzmiało jak stary śpiew miłości.

I tak trwało. Rok za rokiem. Palma po palmie. Żart po żarcie. I choć czasem świat się zmienia, w tych opowieściach coś pozostaje. Może to dusza ziemi? A może tylko cichy śmiech starej babki, która gdzieś w cieniu chałupy szepcze: „tak właśnie świętowaliśmy, dziecko… tak właśnie.”

Tekst i fot.: Stanisław Gazda


Odkryj więcej z Obiektywnabydgoszcz.pl

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Adres mailowy: obiektywnabydgoszcz@gmail.com