Kibice piłki nożnej w Bydgoszczy widzieli w polskiej piłce niejeden cud – ale ten dzisiejszy, był jednym z większych! To był wieczór, który już teraz zasługuje na osobny rozdział w historii Zawiszy Bydgoszcz. Przed pierwszym gwizdkiem wszyscy – media, eksperci, bukmacherzy – mówili jednym głosem: faworytem jest Wisła Kraków, kadrowo mocniejsza, z wyższym tempem gry, głęboką ławką i aspiracjami, by w Pucharze Polski zajść bardzo daleko. Zawisza miał powalczyć, postraszyć, spróbować powtórzyć dawny pucharowy romantyzm. Ale to, co się wydarzyło, przeszło najśmielsze oczekiwania nawet najbardziej zakochanych w „niebiesko-czarnych” kibiców.

Thank you for reading this post, don't forget to subscribe!

Przed meczem – fatalne prognozy dla Zawiszy, Wisła w roli pewnego ćwierćfinalisty

Bukmacherzy stawiali Wisłę w okolicach 1.50–1.60 na zwycięstwo. Bydgoszczanie byli postrzegani jako drużyna solidna, twarda u siebie, ale jednak w starciu z klubem aspirującym do Ekstraklasy – pozbawiona argumentów ofensywnych. Przewaga miała być widoczna fizycznie, taktycznie i jakościowo. Tymczasem już w komentarzach przedmeczowych można było zauważyć: Zawisza czuje, że „coś wisi w powietrzu”. Cywiński i Bojas mieli w pamięci wcześniejsze pucharowe upokorzenia zadane Wiśle w barwach innych klubów. Kibice rozgrzewali stadion jak w ligowym klasyku, a nie w teoretycznie jednostronnym starciu.

Ale nikt – absolutnie nikt – nie przewidział skali tego, co miało nastąpić.

Pierwsza połowa – Wisła lepsza… tylko do pierwszego ciosu

Pierwsze 20 minut układały się zgodnie z oczekiwaniami. Wisła zaczęła jak drużyna lepiej poukładana: seryjne rzuty rożne, uderzenia Omicia i Nikaja, presja, która zmusiła Zawiszę do głębokiej obrony. W 25. minucie Ertlthaler zagrał precyzyjnie, Nikaj z bliska skończył – 0:1.
I wtedy wszyscy pomyśleli: „To będzie kontrola Wisły”.

Ale Zawisza nie pękł. Bydgoszczanie wyrównali nie przypadkiem, a w pełni zasłużenie – dzięki agresji Wszołka, jego wejściu w pole karne i błędowi Kutwy, który sprokurował rzut karny. Kona – pewnie, na 1:1.

To był moment przełomowy. Wisła straciła pewność, Zawisza poczuł, że może.

Druga połowa – kwadrans, w którym Zawisza wysadził finałową drabinkę

Żadne słowa nie opiszą tych 12 minut od 53. do 65. minuty. To był huragan, tornado, demolka – Zawisza grał jak drużyna z europejskich pucharów, Wisła jak sparingowy przeciwnik z IV ligi. 53′ – 2:1 – Staniak. Perfekcyjne dośrodkowanie Cywińskiego z rzutu wolnego. Jeszcze lepsze wykończenie Staniaka. Trybuny eksplodowały. 60′ – 3:1 – Cywiński bezpośrednio z rogu (!) Co tu komentować? Takie gole strzela się raz na kilkadziesiąt meczów. 65′ – 4:1 – Kona. Stały fragment po raz trzeci! Kona dopada do piłki i kończy akcję, która definitywnie rozkłada Wisłę na łopatki. W tym momencie było po meczu, choć zegar wskazywał jeszcze ponad 25 minut gry.

Wisła – rozbita, bez odwrotu

Krakowianie mieli jeszcze momenty – poprzeczki Omicia, anulowaną bramkę Ertlthalera – ale to już było rozpaczliwe bicie głową w mur. W grze Wisły było mnóstwo nerwowości, chaosu, brakowało lidera, zabrakło odpowiedzi na intensywność Zawiszy.

A Zawisza?
Zawisza grał jak drużyna świadoma swojej siły. Gdy pachniało zagrożeniem, potrafił przetrwać, odciążyć grę, wyjść z kontrą, wymusić kolejne stałe fragmenty.

Tekst i fot.: Stanisław Gazda

Adres mailowy: obiektywnabydgoszcz@gmail.com