Thank you for reading this post, don't forget to subscribe!

Filantropia
jest na TOP-ie – pod takim hasłem w środę (25 października) w bydgoskiej
restauracji „Dzikowisko” odbyło się spotkanie przedsiębiorców i
społeczników, którzy działają charytatywnie i chcą połączyć siły. Promowano też
akcję „Adoptuję Jabłonkę”. W
spotkaniu uczestniczyło kilkudziesięciu przedsiębiorców i przedstawicieli
organizacji pozarządowych z Bydgoszczy i regionu.

Ponad dwa lata
temu ceny jabłek były tak niskie, że biznes stał się kompletnie nieopłacalny.
Ale owoce na drzewach były i one nie mogły się zmarnować. Trzeba też było za
coś żyć, prowadzić biznes, opłacić pracowników, po prostu jakoś przetrwać. Sebastian Szymanowski, dyrektor
generalny firmy Grupa Producentów Owoców Galster z Wierzchucic w gminie
Sicienko w
ymyślił, że da
drzewa w leasing, odbierze pieniądze a conto, owoce zaś będą
mogły być zabrane przez dokonujących przedpłaty. Dzięki takiemu zabiegowi chciał
uratował biznes. To był protopomysł późniejszej akcji „Adoptuję jabłonkę”. W
pierwotnym kształcie pomysł nie wypalił i został zarzucony. Do czasu. Gdy firma stanęła na nogi, projekt
wrócił, ale już w innej formule.

Pomyślałem
sobie, że jabłka będziemy darować każdemu, kto będzie ich potrzebował. Dzisiaj „Adoptuj
jabłonkę” to jest akcja, która pozwala za pośrednictwem strony internetowej adoptować
drzewko, a wpłacane pieniądze wspierają różnego rodzaju organizacje
pozarządowe, fundacje, stowarzyszenia. Pieniądze trafiają do potrzebujących, my
dzielimy się dobrem, a przy okazji uczulamy społeczeństwo na to, by nie
marnować żywności, w tym owoców i warzyw
– mówi Sebastian Szymanowski.

O tym, że społeczna akcja
„Adoptuję Jabłonkę” może pomagać na wiele sposobów biznesmen
przekonał się chociażby za sprawą proboszcza bazyliki pw. św. Wincentego a
Paulo ks. Sławomira Bara, który zaproponował, żeby sadzić sady przyszkolne,
parafialne, co oprócz wymiaru społecznego, edukacyjnego przyniesie konkretne
korzyści materialne: miejsca pracy, zebrane owoce.

Wokół pomysłu Sebastiana
Szymanowskiego i jego samego zaczęło się skupiać coraz więcej beneficjentów – przedsiębiorców
i przedstawicieli organizacji pozarządowych z Bydgoszczy i regionu, co było
jasnym i czytelnym sygnałem, że przedsiębiorcy są otwarci na działalność
charytatywną.

– Poznałem
 wiele osób, które działają w
organizacjach pozarządowych, mają otwarte serca i angażują się w pomoc
potrzebującym. Uznałem, że warto, aby te wszystkie osoby się spotkały, poznały
i wymieniły doświadczeniami związanymi z pomocą drugiemu człowiekowi. Społeczną
odpowiedzialność biznesu można przecież doskonale połączyć z filantropią i przekuć
to w dobro. I chcemy to robić.

I stało się! W bydgoskiej restauracji „Dzikowisko”
odbyło się wczoraj spotkanie kilkudziesięciu przedsiębiorców i społeczników,
którzy działają charytatywnie i chcą połączyć siły. Działając wspólnie chcą
pokazać, że filantropia jest na TOP-ie!

Na efekty nie trzeba było długo
czekać. Każdy uczestnik spotkania mógł na gorąco zadeklarować swoją pomoc albo
się o nią zwrócić.

Już
tu przyszedł mi do głowy pomysł, że możemy tę pozytywną energię, którą
Sebastian Szymanowski ma w sobie, przekazać dalej na zasadzie piramidy
finasowej: będąc uczestnikami tego spotkania, ludźmi pozytywnie nawiedzonymi,
jeżeli wyjdziemy stąd z tą pozytywną enerią i każdy z nas namówi jedną osobę do
adoptowania jabłonki, a ta puści to dalej w świat – to będziemy dysponować tak
ogromnym potencjałem, że w krótkim czasie ten mały pomysł Sebastiana da potężne
efekty i będą się działy wielkie rzeczy! –
zaapelował Arkadiusz
Szczepaniak, Przewodniczący Rady Gminy Sicienko.

Szczególnie poruszył serca zebranych i
sprawił, że łzy wezbrały  w niejednych
oczach – apel ukraińskiej lekarki Wiktorii Dotsenko, wspierającej Ochotniczy
Polski Korpusu Pomocy Ukrainie i założycielki fundacji „Wiktoria”:

Jestem
lekarzem i proszę polskich kolegów lekarzy o pomoc dla ukraińskich dzieci, w
większości częściowo niepełnosprawnych, ale też i nieubezpieczonych. Pomyślmy
wspólnie, co możemy dla nich zrobić. Ja rozmawiam z hotelami, ośrodkami zdrowia
i pierwsze pytanie jakie się pojawia, to ile zapłacicie, co z tego będziemy
mieli? Ja nie proszę o pomoc dla dorosłych, ale dla małych dzieci. Sama
straciłam na tej wojnie dwie córki… Nie wiadomo ile jeszcze zginie niewinych
ludzi, ale kto wie, może te dzieci, które uratujemy, będą mogły w przyszłości
budować nową Ukrainę. Kto im pomoże, jak nie my? Ja sama robię, co mogę. Sama
wysłałam 248 samochodów z pomocą na Ukrainę, by pomagać zrezygnowałam z pracy
ordynatora w szpitalu w Warszawie i walczę tutaj, nie patrząc na to czy
Ukrainiec, czy Polak, po szpitalach rozwoziłam wózki inwalidzkie, ortezy…Teraz
z rękami położonymi na sercu proszę, pomóżcie tym biednym dzieciom na Ukrainie.
Ich tu nie można przewieźć, bo być może kiedyś odnajdzie się jakiś ich bliski. Tylko
w jednym sierocińcu pod Chersonem na pomoc czeka 128 dzieci. Państwo ukraińskie
daje na ten cel, w przeliczeniu na złotówki, zaledwie 2,5 tysiąca. My wozimy im
ubrania, żywność, słodycze. Gdybyście widzieli ten film na którym ukraiński
chłopczyk dostwaszy cukierka płacze ze szczęścia mówiąc, że nigdy w życiu
czegoś tak dobrego nie jadł – pewnie też byście się popłakali. Albo gdybyście
widzieli, jak te dzieciaki chwytają za nogi wolontariuszy Korpusu, nie chcą ich
za nic puścić, płaczą wołając: „Zabierzcie nas do Polski!” Dorośli jakoś sobie
poradzą, ale te dzieci? Razem możemy zrobić więcej, dlatego jeżeli ktoś ma
jakiś pomysł, jak to zrobić – dajcie mi znać. Ja bardzo chcę im pomóc!

Tekst i zdjęcia: Stanisław Gazda


 

 

 

 

 

 

 

Adres mailowy: obiektywnabydgoszcz@gmail.com