Van Gogh festiwal

Brzózki. Wieś, która wygląda, jakby ktoś wziął plenerowy pędzel, nabrał słońca na włosie i powiedział: „tu będziemy mieszkać w obrazie”. Wchodzisz i natychmiast czujesz, że kolor ma tu pierwszeństwo przed czasem. Na szczytach domów falują cyprysy, żółcą się łany, noc aż szumi gwiazdami — nie dlatego, że przyśnił się Arles, tylko dlatego, że mieszkańcy Brzózek postanowili kiedyś, że sztuka ma być u nich nie dodatkiem do życia, ale jego najlepszą ścianą nośną.

Thank you for reading this post, don't forget to subscribe!

 Oficjalnie to sołectwo gminy Szubin; nieoficjalnie: galeria pod gołym niebem, w której dziewięć murali inspirowanych Van Goghiem spina „Belle Époque” z XXI wiekiem i robi to z wdziękiem lokalnej wspólnoty, a nie muzealnym sznureczkiem. Tak wprost, czarno na białym — a raczej słonecznie na błękitnym — potwierdza to gminny przewodnik po atrakcjach („Murale – Brzózki, 9 szt., inicjatywa Stowarzyszenia Twórcze Brzózki”).

Gmina Szubin zresztą pielęgnuje ten fenomen nie tylko w Brzózkach. Na urzędowej stronie znajdziesz całą mapę murali w okolicy, a w samym Szubinie – kapelę pałucką i powstańczy mural, które pokazują, że tu się myśli o tożsamości przez obrazy, nie przez hasła. Nieprzypadkowo więc do Brzózek zaczęli zjeżdżać ci, którzy szukają sztuki w ruchu ulicy, a nie w ciszy gabloty.

Tę codzienną „wystawę” dopełnia raz w roku święto, które w nazwie niesie patrona tutejszej palety: Van Gogh Festiwal Brzózki. To nie jest event „na szybko” ani targ atrakcji. To dwa dni zanurzenia — w słowie, filmie, muzyce, w rzemiośle i w ciele (bo i joga ma tu swoje pięć minut). Wówczas redakcje mówią i piszą o „urokliwej wsi, gdzie ściany domów to kopie obrazów holenderskiego mistrza”, słychać, że to miejsce przestało być ciekawostką, a zaczęło żyć własną kulturą.

Festiwal, który układa się w opowieść

Tegoroczny program (15–16 sierpnia) to precyzyjnie skomponowana suita: od porannych warsztatów po wieczorne koncerty i rozmowy. Na rozgrzewkę – joga w sadzie i zajęcia dla dzieci (niech kolor wyjdzie z rąk, zanim trafi na ściany). Potem – warsztaty literackie i spotkania, które mają temperaturę rozmowy przy kuchennym stole, a klasę – sali wykładowej. Słowo bierze tu m.in. Michał Rusinek, który od lat potrafi wyciągnąć z języka sensy jakby spod warstwy farby – i doprawić je humorem. Wieczorem zaś scena oddaje głos muzyce: koncert Andrzeja Sikorowskiego, jednego z tych głosów, które mieszczą w sobie i Kraków, i balladę, i niejedną historię o tym, jak się dorasta do prostych słów.

Między tymi biegunami – filmy i rozmowy o kinie. Na festiwalowych ławkach siada Tomasz Raczek, żeby rozmawiać o patrzeniu (a więc o tym, bez czego nie ma ani filmu, ani malarstwa), a obok niego pojawia się Robert Gulaczyk – aktor, który wcielał się w Van Gogha na ekranie. To piękne sprzężenie: murale, które „grają” obrazami mistrza na ścianach, i człowiek, który ten obraz niósł ciałem i głosem.

Nie ma w Brzózkach festiwalu bez pracy rąk. Dlatego w programie są też pracownie pod chmurką: ceramika, biżuteria, grafika, monotypia; do tego wystawy fotografii, stoiska lokalnych twórców i – bo czemu nie? – plenerowy food court, w którym można zjeść coś więcej niż metaforę. A nad tym wszystkim unosi się zapach świeżej farby, bo w tym roku powstaje dziesiąty mural – nowa karta w tutejszym „albumie ściennym”.

Skąd to się wzięło?

Z uporu i współpracy. Stowarzyszenie Twórcze Brzózki, które wykroiło z mapy kraju tę małą stolicę Van Gogha, przez lata malowało, rzeźbiło, stawiało anielskie kapliczki, a przede wszystkim – wciągało sąsiadów w robotę. Lokalne media od dawna notują, jak wieś „mieszkająca w obrazach” przyciąga turystów i jak kolejne ściany dostają nowe życie. To nie „projekt wizerunkowy”, tylko powolny proces: rozmowa z właścicielem domu, farba, drabina, pogoda, a potem – ławka pod cyprysem, który jest i Van Goghiem, i naszym, brzózkowym.

Urzędowe tabele mówią swoje: Brzózki to zwykłe sołectwo z imiennym sołtysem w wykazie Biuletynu Informacji Publicznej. Ale każdy, kto tu przyjedzie, widzi od razu, że te tabelki nie obejmują tego, co najważniejsze — mięśni wspólnoty, które przerzuciły kolor przez próg każdego domu.

Dlaczego warto?

Bo to rzadki przypadek, kiedy turystyka nie psuje miejsca, tylko je doświetla. Mapa gminnych murali i „ścieżka murali Van Gogha” uczą patrzeć: najpierw na obraz, potem na człowieka, który go podarował swojej ścianie. A festiwal dokłada do tego rozmowę – o języku (Rusinek), o obrazie filmowym (Raczek, Gulaczyk), o pieśni, która niesie pamięć (Sikorowski). Dwa dni, które sklejają w jedno to, co zwykle jest rozdzielone: sztukę wysoką i sąsiedzką.

Wracam z Brzózek z prostą myślą: tu „kultura” nie jest wydatkiem, tylko sposobem oddychania. Słońce na murach jest prawdziwe, farba schnie naprawdę, a program festiwalu składa się z nazwisk, które nie potrzebują wielkich scenografii, żeby mówić do ludzi. Jeśli szukasz miejsca, w którym sztuka nie udaje życia – tylko je prowadzi – pojedź do Brzózek. Najlepiej w sierpniu, kiedy wszystko tu gra jak dobrze nastrojona gitara. A jeśli nie w sierpniu, to kiedykolwiek: murale nie mają godzin otwarcia. Mają za to niebo nad sobą.

Tekst i fot.: Stanisław Gazda

Adres mailowy: obiektywnabydgoszcz@gmail.com