W Pieckach, niemal co tydzień – szczególnie wtedy, gdy termometr postanawia sromotnie zadrwić z opcji „plus” – słychać charakterystyczne: „No to wchodzimy!”. I już wiadomo: Morsy są w domu. A raczej… w wodzie.
Thank you for reading this post, don't forget to subscribe!Od kiedy to się zaczęło?
Jak to bywa z najlepszymi historiami – nikt nie pamięta dokładnej daty. „Od kilku lat”, „jeszcze przed pandemią”, „jak lód był grubszy” – takie odpowiedzi krążą nad taflą. Pewne jest jedno: morsowanie w Pieckach nie jest modą z wczoraj. To tradycja oddolna, wydeptana po lodzie przez ludzi, którzy uznali, że zimno najlepiej oswajać wspólnie.
Organizacja? Tak, ale bez gwizdka
Nie ma tu sztabu kryzysowego ani komitetu powitalnego. Spotkania są półspontaniczne – wszyscy wiedzą, kiedy i gdzie, bo „zawsze tak było”. Ktoś wrzuci informację na grupę, ktoś inny przyjedzie „z ciekawości”, a reszta i tak się pojawi, bo morsy wyczuwają się jak pingwiny. Formalnie nikt nie dowodzi, ale nieformalnie zawsze jest ktoś doświadczony, kto przypilnuje, by nikt nie zamienił kąpieli w dramat pt. „Mrożony Titanic”.
Jak często?
Zwykle raz w tygodniu, najczęściej w weekend. Bez zegarka atomowego – ważniejsza jest pogoda i frekwencja. Gdy mróz trzyma, a humor dopisuje, Piecki przyciągają Morsów jak lodówka magnes.
Kto nad tym czuwa?
Czuwa zdrowy rozsądek, termos z herbatą i doświadczenie. Nowi są instruowani, starzy przypominają, że „krócej znaczy lepiej”, a po wyjściu z wody wszyscy udają, że nie trzęsą się jak galareta. Bezpieczeństwo to nie regulamin na ścianie, tylko praktyka i wzajemna czujność.
Odbiór społeczny
Miejscowi? Najpierw było zdziwienie. Potem uśmiech. Dziś raczej życzliwa ciekawość. Ktoś machnie, ktoś zapyta „czy wam nie zimno?”, ktoś inny stwierdzi, że „to trzeba mieć charakter”. Piecki przyzwyczaiły się do widoku ludzi w czapkach i rękawiczkach… oraz w strojach kąpielowych.
Wrażenia uczestników
Po wyjściu z wody wszyscy mówią to samo:
– „Zimno było, ale super!”
– „Nigdy więcej!” (i przychodzą tydzień później).
– „Głowa czysta, endorfiny jak po maratonie.”
Bo morsowanie w Pieckach to nie tylko kontakt z lodowatą wodą. To rytuał, śmiech, krótkie rozmowy, wspólne zdjęcie i to uczucie, że zrobiło się coś kompletnie nierozsądnego… w bardzo rozsądny sposób.
A jeśli ktoś pyta, po co to wszystko? Odpowiedź jest prosta:
Bo w Pieckach zima smakuje najlepiej – na krótko, do pasa i w dobrym towarzystwie.
Tekst i fot. Stanisław Gazda












