drzewka sosny lub świerku. Drzewko zawieszano u sufitu nad stołem,
w rogu izby lub po prostu stawiano na ziemi. Zdobiono je łańcuchami ze
słomy lub papieru oraz specjalnym pieczywem przypominającym swym
kształtem zwierzęta (konie, krowy, kozy, owce, kury, koguty). Choinka
dekorowana była także jabłkami, orzechami i ozdobami z papieru. Oprócz
niej, w Wigilię, stawiano także snop niemłóconego zboża w rogu izby.
Zgodnie z tradycją w dzień wigilijny obowiązywał post jakościowy
i ilościowy. Nie jadano niczego przez cały dzień, aż do wieczerzy.
Sporadycznie mogła to być kromka chleba i kubek czarnej, zbożowej kawy.
Obecnie rzadko przestrzega się tak ścisłego postu, ale tego dnia na ogół
ograniczamy się w jedzeniu.
Wieczerze wigilijne, mniej lub bardziej wystawne zawsze składały się
z 7, 9, 11 albo 12 potraw postnych które przyrządzano z tego, co rosło
w polu, sadzie, lesie i żyło w wodzie. Przestrzegano jednak zasady, aby
na wigilijnym stole znalazły się potrawy przyrządzone z produktów, które
„urodziły się” w gospodarstwie w danym roku, co miało zapewnić
pomyślność i obfitość zbiorów w nadchodzącym. W czasie kolacji należało
zjeść choć po łyżce każdej potrawy, bo kto ilu potraw wigilijnych jeść nie będzie, tyle go radości w roku następnym ominie.
Zasiadało się do niej wyłącznie w gronie rodziny. Dzieci nie jadły razem z dorosłymi, dla nich nakrywano osobną ryczkę. Potrawy podawał gospodarz, gospodyni nie wstawała od stołu – by kury chętniej siedziały na jajkach.
Potrawy szykowane były już na kilka dni przed świętami. Wcześniejsze ich
przygotowywanie wynikało ze zwyczaju, który zabraniał podczas świąt
wykonywania różnego rodzaju prac, nawet gotowania.
Na przestrzeni ostatnich stu lat wieczór wigilijny uległ wielu zmianom.
Nie ma dziś barwnych, odświętnych strojów ludowych, w rogach pokoju nie
ustawia się snopów siana, nie przestrzega się też zakazów i nakazów.
Pozostał jedynie piękny zwyczaj łamania opłatkiem i składania życzeń
przed rozpoczęciem wieczerzy.
Bożonarodzeniowe przygotowania rozpoczynano na Kujawach bardzo wcześnie. Przede wszystkim należało uszporować odpowiednie
fundusze, aby niczego nie zbrakło. O to dbała głowa rodziny, a babcia,
kręcąc tą głową, już dobrze wiedziała, na co i ile trzeba będzie wydać.
Babcia dbała też o to, żeby Boże Narodzenie miało odpowiednią oprawę.
Na początek, Babcia ubierała drewniane klumpy i szła do pralni. W jej rękach, na tarze, wszelkie kapy, deczki, heklowane firanki czy gardyny oraz wszystkie inne bambetle odzyskiwały świeżość i dawny wygląd. Często przy pomocy mączki i modrego.
Zaraz potem, w obroty szły inne ferety, żeby
rodzina mogła się odświętnie ubrać. Ale to nie koniec, bo cześć
z bambetli szła zaraz do maglowania. Dziadek nie bumelował i pomagał jak
mógł kręcąc korbą i nosząc ciężkie kosze, a Babcia, na boku, klaprotała z sąsiadkami, jakby się z rok nie widziały. Na koniec, niektóre ferety, biglowała i układała w szafie, żeby był jaki taki ordnung.
Sprzątnie było robotą dla wszystkich bez wyjątku. Zaraz po fajrancie,
każdy dostawał od Babci zadanie. Kobiety, czy to z ryczki, czy to wyżej, z szemela, myły okna, czyściły bibeloty a podłogi doprowadzały do stanu świeżości używając dużej ilości wody z mydłem i szrubra. Na koniec, podłoga była bonerowana na błysk, ale dopiero po gotowaniu i pieczeniu.
Gotowanie i pieczenie nijak nie mogło się obyć bez uprzedniej wycieczki do kolonialki i składu, aby zorgować co trzeba. O halbce nie zapomniawszy, bo bez tego święta, mało u kogo, na Kujawach, bywały. No, bo jak bez halbki toasty wznosić?
Pieczenie zaczynało się od rozgrzania platy, aby drożdżowe, w jej
pobliżu dobrze wyrosło. Piekła, więc babcia, drożdżowe czy pierniki na natronie oraz ciastka na soli rogowej, by dobrze wyrosły i były pulchne. A wszyscy tylko czekali, by złapać kawałek kucha czy innej słodkości.
W jadalce dziadek oprawił choinkę, co ją
wcześniej obstalował u leśniczego. Pozakładał kolorowe lampki a dzieci
z matką ozdobiły ją przeróżnymi fizjamentami, cackami, bombosami,
orzechami i piernikami. Na gałązki pokładły kłaczki waty, lametę i włos
anielski oraz kolorowe łańcuchy z papieru. Wszystko już prawie gotowe
było.
Zaraz też ojciec ubrał odświętny ancug i koszul ze szlypsem, i wszyscy, też odświętnie ubrani, zasiedli do wigilijnego stołu.
Stół zaś, przybrany świerkowymi gałązkami, nakryty był białym obrusem
a pośrodku stał na nim talerzyk z opłatkiem. Babcia, najstarsza
w rodzinie, dzieliła opłatkiem a ukradkiem, szneptuchem
wycierała łzy wzruszenia, bo co jak co, ale rodzinne święta radują
i wzruszają nie od dzisiaj. Zaraz po tym, siedliśmy do wieczerzy, racząc
się postnym barszczem z uszkami, karpiem na kilka sposobów, kapustą
z grochem, nudlami z makiem i popijając, dla lepszego trawienia, kompotem z suszonych glubek i gruszek.
Po wieczerzy, starsi śpiewali kolędy a dzieciaki, jak to zwykle pobiegły
do choinki by sprawdzić, czy aby im Mikołaj, jakiej pydy nie przyniósł
w prezencie. O północy, wszyscy razem, po śniegu skrzypiącym i skrzącym
się jak diamenty, wędrowaliśmy do kościoła na pasterkę. Takie to było
nasze rodzinne fajrowanie na święta.

